Blog > Komentarze do wpisu

Chopin zdjęty z pomnika - rozmowa z Lucyną Olejniczak

Lucyna Olejniczak 21 maja we wrocławskim Traffic Club w Arkadach, miało się odbyć spotkanie z nowohucką autorką Lucyną Olejniczak, promującą swą najnowszą powieść "Dagerotyp. Tajemnica Chopina".
Niestety - wysoka woda pokrzyżowała czarowne plany, choć wiele osób ostrzyło już sobie ząbki na tę przemiłą ucztę - z zazdrością czytałam o innych spotkaniach Lucyny w różnych miejscach Polski.
Ale cóż, maj mamy taki bardziej paskudny, wcale, ale to wcale niewiosenny, nie pozwalający nam się sobą cieszyć. Wyczekiwana autorka przyjedzie w innym terminie, a tymczasem, niejako na osłodę, zapraszam do przeczytania wywiadu, który miałam przyjemność z nią przeprowadzić:

Na ukazanie się tej powieści czekaliśmy... około dwóch lat? Dlaczego tak długo, skoro wcześniej ukazał się „Wypadek na ulicy Starowiślnej” - zachęcający i niosący nadzieję na powodzenie również w przypadku kolejnej części przygód Lucyny i Tadeusza?

Złożyło się na to wiele rzeczy. Po pierwsze, sporo czasu zajęło mi zbieranie materiałów potrzebnych do napisania tej książki. Wprawdzie historia miłości Chopina jest przeze mnie wymyślona od początku do końca, ale sam jej bohater był przecież postacią jak najbardziej prawdziwą. Starałam się więc, żeby szczegóły z jego życia w Paryżu w latach trzydziestych XIX wieku zgadzały się z tymi, podawanymi przez biografów. Ważne też było „wejście” w życie codzienne tamtych czasów. Jeśli pisałam, że starszemu panu opadła pończocha na but, musiałam wiedzieć, jak taka pończocha i taki but wtedy wyglądały. Jakie były stroje, meble, czym jeździło się po ulicach itp. Zajęło mi to wszystko, razem z napisaniem całej historii około roku. Następny rok maszynopis przeleżał w wydawnictwach, które obawiały się, że w Polsce nikt o Chopinie nie będzie chciał czytać i że książka się nie sprzeda…

Pierwszymi bohaterami, którzy nasuwają mi się na myśl, gdy mowa o Pani powieściach, są właśnie Lucyna i Tadeusz. W „Wypadku...” połączyło ich archiwum - to zresztą umożliwiło prowadzenie akcji jednocześnie w czasach współczesnych i dziewiętnastym stuleciu. Ale nazwisko Teodora - Henzelmann - nasuwa przypuszczenie, że ta historia mogła się wydarzyć rzeczywiście - ile jest prawdy w wątku historycznym, ile jest w powieściowej Lucynie Pani?

Ta historia przydarzyła się naprawdę i dotyczyła mojego pradziadka. Wzmiankę o jego wypadku z 13 lipca 1900 roku znalazłam w całkiem współczesnym Dzienniku Polskim, w rubryce „ W Krakowie przed stu laty”. Postanowiłam wtedy dowiedzieć się więcej na temat mojego przodka, a ponieważ niewiele znalazłam, napisałam własną wersję tamtych wydarzeń. Historia poszukiwań jest prawdziwa, historia samego wypadku i szczegóły z życia mojej rodziny w tamtych czasach, niekoniecznie… Sporo w tej powieści jest wątków autobiograficznych wymieszanych w równych proporcjach z tymi zmyślonymi. A więc tamta Lucyna to prawie ja, tylko trochę ulepszony model.

Powroty w czasy szumiących sukien - ciotka Eleonora z czerwoną różą w dłoni staje przed oczami jak żywa. Mam rację?

W 100%. „Godzina pąsowej róży” to była moja ukochana książka z dzieciństwa. Zawsze marzyłam o takim przeniesieniu się w czasie i teraz to marzenie staram się realizować.

Lucyna i Tadeusz dali się polubić czytelnikom, cieszę się, że i w kolejnej Pani książce są bohaterami równolegle do Fryderyka i Marie. Czy po ukazaniu się „Wypadku...” powzięła Pani decyzję o kontynuacji ich przygód, czy raczej przypasowali do kolejnej fabuły?

Chyba od razu myślałam o kontynuacji ich przygód. Polubiłam tę parę i szkoda mi się było z nimi rozstawać. Poza tym, skoro Lucyna, to „prawie ja”, musiałabym przestać podróżować i przeżywać nowe przygody, a to byłoby dla mnie nie do zniesienia…

„Dagerotyp...” nie był to powieścią pisaną specjalnie na okoliczność Roku Chopina - skąd więc zainteresowanie właśnie wielkim kompozytorem?

Chopinem zaraził mnie syn, który chyba od zawsze słucha jego muzyki i czyta wszystko, co tylko dotyczy wielkiego kompozytora. Wstyd przyznać, ale do tamtego momentu Chopin był dla mnie tylko muzyką…

Dotąd Fryderyk Chopin ustawiony był sztywno na piedestale, poważny i ciężko chory, artysta mało „ludzki”, wyjąwszy chorobę właściwie bezcielesny, w Pani powieści jawi się zgoła inaczej. Jak udało się go Pani takiego odkryć?

To właśnie syn podsunął mi tego „innego” Chopina, widzianego przez pryzmat listów, wspomnień i anegdotek. I zakochałam się w takim Fryderyku. Odkryłam, że to wcale nie pomnikowy, szary, smutny i chorowity człowiek, że w czasach młodości był wesołym, czarującym i dowcipnym młodzieńcem. Idolem na miarę dzisiejszych gwiazd estrady. Postanowiłam więc podzielić się tym odkryciem z czytelnikami. Mam nadzieję, że udało mi się „odbrązowić” nieco naszego genialnego kompozytora.

Tego „innego” Fryderyka widać wyraźnie w Pani książce już od początku - czytelnik spodziewa się ujrzeć na okładce zadumanego Chopina pod wierzbą, na jakimś poważnym, nocnym lub jesiennym tle, a wita nas niemal komiksowy, odważny graficznie muzyk i jego ukochana.

Przyznam, że w pierwszej chwili nie widziałam „Dagerotypu” z tego rodzaju okładką. Jednak skoro Chopin miał być zdjęty z pomnika, to konsekwentnie - ostatecznie nie wyobrażam sobie innej okładki, przyzwyczaiłam się do tej, a nawet bardzo mi się podoba. To pierwszy sygnał dla czytelnika, czego może się spodziewać po samej powieści.

Chopin słynął ze swego zamiłowania do płci pięknej. Kochały się w nim najróżniejsze panie, ostatecznie na dłużej związał się z silną George Sand. Pani nie wykorzystała jednak żadnej z istniejących w jego życiorysie kobiet, lecz stworzyła zupełnie nową, delikatną Marie. Dlaczego?

Marie wymyśliłam, bo łatwiej było mi powiązać ją z tytułowym dagerotypem, a samą akcję powieści umieścić na zamku w Szampanii, miejscu, które dobrze znam. Poza tym tamte kobiety istniały naprawdę i musiałabym trzymać się prawdy historycznej, tu miałam nieograniczone możliwości w tworzeniu tej postaci i jej historii. Co do George Sand, myślę, że w tamtym okresie Chopin, wychowany wśród kobiet, potrzebował takiej właśnie silnej osobowości bardziej, niż eterycznej kochanki. Ktoś w tym związku musiał zająć się ich wspólnym interesem.

Sądząc z soczystych i wiarygodnych opisów, zna Pani doskonale okolice, o których mowa w książce - Szampanię, Paryż z jego klimatem, kawiarenkami i muzeami.

Spędziłam we Francji prawie dwa lata, stąd moje dokładne i wierne opisy tych miejsc. Mieszkałam w Paryżu i w Szampanii, ale to opisuję dokładniej w posłowiu do mojego Dagerotypu, nie będę więc teraz pozbawiać czytelników przyjemności zerknięcia w tym celu do książki…

Wiem, że to nie jedyne zagraniczne podróże Pani. Proszę opowiedzieć, jak to było z telefonami do Białego Domu w sprawie zaginionego dnia?

Tak, byłam wcześniej w Stanach, gdzie opiekowałam się starszymi osobami. Jedna z moich babć, nawiasem mówiąc przeurocza staruszka, cierpiała na dość zaawansowaną sklerozę i żyła trochę we własnym świecie. Któregoś dnia, wysłuchując mojego nieporadnego w tamtym czasie angielskiego, doszła do przerażającego wniosku, że zginął gdzieś jeden z dni tygodnia. Ewidentnie zabrakło nam środy. Nawet nie zastanawiałam się wcześniej nad konsekwencjami takiego zniknięcia: choćby tylko brak dniówki dla wszystkich pracujących ludzi. Musiałam więc, dla uspokojenia babci „dzwonić” do prezydenta USA i zgłaszać mu ten brak. Teraz mnie to bawi, wtedy niekoniecznie…

Laborantka z Katedry Farmakologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, od jakiegoś czasu na emeryturze - kiedy i jak zrodził się pomysł na pisanie? Zbyt dużo czasu bez pracy zawodowej, czy wcześniejsze pragnienie płynące z serca?

Pisać chciałam chyba od zawsze, ale tak poważnie zaczęło się właśnie od Stanów, skąd pisałam długie listy do dzieci. To one namówiły mnie do zrobienia z tego książki. Emerytura pozwoliła mi tylko na poświęcenie się już bez reszty pisaniu. Dawniej musiałam to godzić z pracą zawodową, teraz jestem panią własnego czasu. Chcę, to piszę – nie chcę, też piszę, ale sama o tym decyduję. Nie lubię, kiedy ktoś mi dyktuje co mam robić, dlatego nie byłam chyba łatwym pracownikiem.

Co najchętniej czyta pisarka?

Prawie wszystko, co tylko jej wpadnie w ręce. Warunek: muszą to być ciekawe i wciągające historie. Najchętniej jednak czytam listy i biografie sławnych ludzi. Czy Lucyna i Tadeusz szykują się do kolejnej podróży? Oczywiście! Starzeją się powoli, więc nie ma na co czekać. Już niedługo wysyłam ich do Irlandii, gdzie będą odkrywać kolejne tajemnice związane z przeszłością. Będą duchy, stare ruiny, wrzosowiska i zaginięcie młodej dziewczyny. Więcej nie zdradzę…

Pytam Magdę, córkę pisarki:

Lucyna Olejniczak była mamą, laborantką, zwykłą kobietą. Nagle stała się osobą publiczną, znaną i kochaną przez czytelników autorką poczytnych i sympatycznych powieści. Mówi, że dzieci same ją namawiały do pisania, po lekturze jej listów z Ameryki. Jak teraz odbiera matkę pisarkę córka?

To dziwne, ale dla mnie świat aż tak bardzo się nie zmienił. Od kiedy pamiętam, mama nie była zwyczajną kobietą. Ona zawsze była "inna" w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Najpierw, kiedy byliśmy mali, robiła zdjęcia i sama je wywoływała, później jeździła po świecie, poznawała ciekawych ludzi i uczyła się języków. Decyzja o napisaniu pierwszej książki była dla niej tak naturalna, jak decyzja o pójściu na zakupy. Ani mnie, ani mojego brata nie wprawiła w osłupienie, bo zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mama musi iść naprzód, rozwijać się. Wiedzieliśmy, że po przejściu na emeryturę nie będzie siedziała w domu oglądając brazylijskie seriale i czytając plotkarskie gazety. Mama pisarka niewiele się różni od zwykłej mamy. No może tylko tym, że teraz muszę uprzedzić, że wpadnę w niedziele na obiad, bo może być wtedy na drugim końcu Polski podpisując swoją książkę.

Premiera powieści Lucyny Olejniczak miała miejsce 12 marca w Krakowie. Potem Autorka wyruszyła w Polskę - Warszawa, Olsztyn, kolejne miejscowości... Liczę na to, że i do naszego miasta zawita tej wiosny, jeśli nie dojedzie, to może dopłynie... Czekamy we Wrocławiu!

środa, 19 maja 2010, agnieszka_gil

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: