|
Blog > Komentarze do wpisu
Skąd się wzięły bombki na choinkę?
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam dzieci, nie zajmowała mnie ta sprawa - bombki były, cieszyły mnie co roku, ale nie myślałam o tym jak to się dzieje, że trafiają na zielone drzewka. Kiedy zostałam mamą, sprawa wyjaśniła się szybko - podczas wymyślania bajki dla mojej córki. Poczytajcie, jak to naprawdę było... albo mogło być: Była sobota. Tosia nie poszła dziś do przedszkola tylko bawiła się w domu. Mama gotowała obiad na niedzielę, więc dziewczynka trochę się nudziła. Przyszła do kuchni i narzekała, że nie ma co robić. Mama pomyślała chwilę i wpadła na pomysł: - Tosiu – powiedziała – przynieś z łazienki plastikowy kubek i mydło. Następnie rozpuściła trochę mydła w wodzie i zamieszała słomką, przez którą można pić sok. Kiedy dmuchnęła przez słomkę, na jej końcu pojawiły się piękne, kolorowe bańki mydlane! Zachwycona Tosia wyszła na balkon i wydmuchiwała dziesiątki leciutkich kuleczek. Bańki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy, leciały wysoko ponad dachy. - Banieczki, dokąd fruniecie? – wołała dziewczynka. Wszyscy przechodnie podnosili głowy i patrzyli jak pięknie ulatują z balkonu Tosi. Jesień miała się ku końcowi, powoli zbliżała się zima i na dworze było pochmurno i szaro, dlatego wszyscy z radością patrzyli na kolorowe kulki frunące wzdłuż ulicy. I było im smutno, kiedy któraś pękała uderzając o kominy lub anteny telewizyjne. Jedna z baniek zawołała: - Hej, siostry, bądźcie ostrożne! Nie dajcie się pęknąć żadnemu kominowi! – i fruwała przeglądając się w szybach okien i wystaw. Bardzo jej się podobało, że jest taka okrągła, kolorowa i leciutka. Zawołała kilka innych i rzekła do nich: - Posłuchajcie, to żadna sztuka polecieć do parku i nadziać się na ostre gałęzie drzew. Musimy wymyślić sposób, aby przetrwać! – i bańki zaczęły myśleć, lecąc powoli w stronę Rynku. Tam podfrunęły do ratuszowej wieży i postanowiły trochę odpocząć. Największa z nich powiedziała: - Nie możemy latać dalej. W każdej chwili może się zerwać silny wiatr, który zdmuchnie nas na krzaki czy inne spiczaste rzeczy. Trzeba znaleźć jakieś schronienie! - Chyba mogę wam pomóc – usłyszały bańki. Rozejrzały się wokół i zobaczyły siedzącego na gzymsie ptaka. - Witajcie, jestem gołąb – przedstawił się – usłyszałem przypadkiem waszą rozmowę. - Możesz nam pomóc? Jak? I dlaczego chcesz to zrobić? – pytały jedna przez drugą. - Jesteście takie ładne – rzekł gołąb – że smutno byłoby gdybyście popękały od wiatru lub mrozu. Zima przecież tuż, tuż. A wasze kolory są takie piękne, że ładniejsze mogą być tylko na malarskiej palecie. Bańki były bardzo zadowolone słysząc tyle miłych słów. - Jeden malarz – powiedział ptak – ma tu niedaleko swoją pracownię. Często tam wpadam na okruszki i widzę, że świetnie zna się na pięknych i kolorowych rzeczach. Myślę, że mógłby wam pomóc. Wszystkie Bańki zerwały się do lotu i poszybowały za gołębiem. Za chwilę byli już na miejscu. Artysta akurat wietrzył pracownię i otworzył okno, więc bańki i gołąb przycupnęli na parapecie i przyglądali się jak pracuje. A on skończył właśnie malować obraz, na którym widać było uliczki miasta i stare budynki. Po chwili odłożył paletę i westchnął głęboko. - Grrruu… - zagruchał gołąb i wtedy malarz go zobaczył. Uśmiechnął się i z małego pudełka nasypał trochę okruszków. Gołąb zjadł je i zapytał: - Dlaczego tak smutno westchnąłeś malarzu? Myślałem, że ktoś taki jak ty ma zawsze wesoły nastrój. - Skończyłem właśnie kolejny obraz – powiedział malarz – i myślę o następnym. Ale znudziło mnie już trochę malowanie domów i uliczek. Chciałbym namalować coś delikatnego, lekkiego i powiewnego. Coś, co będzie barwne i wesołe, a nie szare i smutne jak domy i kamienne ulice. Wiesz może o czymś takim? Jednak gołąb nie zdążył odpowiedzieć, bo z parapetu zaczęły zeskakiwać bańki mydlane i wykrzykiwać jedna przez drugą: - To my, my jesteśmy piękne i kolorowe! – wołały – Jesteśmy leciutkie i delikatne i prosimy, namaluj nas! – i fruwały dookoła pokazując jak błyszczą i mienią się tęczowo. Malarz pomyślał chwilę i wyjął mały, cieniutki pędzelek. Szybko wymieszał barwne farby i wziął się do pracy. Każdą bańkę po kolei pytał jakie wzorki chce mieć na brzuszku, a później przywiązywał jej złoty sznurek. Następnego dnia zapakował wszystkie do ładnego pudełka i wyszedł na Rynek, żeby je sprzedać. Stał i wołał: - Bańki, bańki mydlane, ręcznie malowane! Kupcie je koniecznie, na choince zawieście! Akurat tego dnia Tosia z mamą wybrały się na spacer po Rynku. Kiedy zobaczyły piękne bombki choinkowe, które zachwalał malarz, postanowiły je kupić. Gdy wróciły do domu, Tosia ostrożnie wyjęła je z pudełka, żeby dokładnie im się przyjrzeć. Podobała jej się ta niebieska z namalowanym gołębiem i ta żółta z wieżą Ratusza, i wszystkie inne. Jednak najdłużej przyglądała się bombce, na której widniała dziewczynka stojąca na balkonie ze słomką w ręce. - Mamusiu! – zawołała Tosia – chyba już wiem dokąd odlatują bańki mydlane! – I cieszę się – dodała ciszej – że czasem wracają…
Zauważyliście obrazki, które znienacka pojawiły się w tej bajce? Wykonała je Karolina Żelazowska - uważam, że są pełne uroku i bardzo pasują do tekstu! Po kliknięciu w nie, widać więcej. Karolino, dziękuję jak nie wiem co - to niezwykle miłe uczucie przekonać się, że moja bajka stała się inspiracją dla Ciebie, dziękuję! wtorek, 21 grudnia 2010, agnieszka_gil
TrackBack
|
|