Kocham Gdańsk. Kiedy byłam tam poprzednim razem, osiem lat temu, wraz z czteroletnią wówczas córką, tak wspaniale spędziłam czas, że odtąd tęskniłam za powrotem do Trójmiasta.
Za jego klimatem, tak bliskim wrocławskiemu, za architekturą, smaczkami, a nawet morzem pufającym pianą na brzeg i piachem w butach.
Spędziłyśmy w Gdańsku półtora miesiąca, udało się więc zwiedzić co niemiara – wspinałyśmy się na najróżniejsze wieże, zjechałyśmy tramwajami i kolejką podmiejską chyba wszystko od Gdańska do Gdyni, pływałyśmy tramwajem wodnym i innymi jednostkami, chłonęłyśmy Trójmiasto wszystkimi zmysłami.
Nic więc chyba dziwnego, że próbowałam choć w części powtórzyć niezwykłe doznania i kiedy w tym roku zawitałam nad Zatokę Gdańską, oszalałam ze szczęścia.
Z jednej strony trochę się bałam, bo czasami wspomnienia wakacyjne niespecjalnie mają się do rzeczywistości, ale tym razem Gdańsk nie zawiódł. Powitał nas – mnie i moją rodzinę – piękną pogodą, która co prawda skończyła się dwa dni później, ale nie w tym rzecz, najważniejsze, że ten urlop przyniósł tyle wrażeń i emocji.
Z pogodą jest tak, że zwykle człowiek chciałby, by było ciepło, słonecznie, w sam raz do wylegiwania się na plaży.
Nie jest to jednak marzenie każdego, a gdy przyjeżdża się tu zaledwie na dwa tygodnie, trochę szkoda byłoby cały czas spędzić nad wodą – w Trójmieście są dziesiątki wspaniałych miejsc, które warto odwiedzić, obejrzeć, spotkać ciekawych ludzi.
Dlatego summa summarum cieszyłam się, że niebo czasem kropiło deszczem, wiatry czesały włosy, a słońce nie parzyło, pozwalając bez przeszkód poruszać się wśród starych murów, nowych osiedli czy na granicy lądu i morza.
Starówka gdańska, słynny żuraw, spacery nad Motławą, wizyta w oliwskim zoo, pyszna ryba na kutrze zacumowanym w porcie gdyńskim, krzywy dom i molo w Sopocie, cudny park z młynem w Rumii, odbudowywana do tej pory starówka (nowówka zatem chyba?) w zniszczonym podczas wojny Elblągu – szaleństwo zwiedzania!
A jeszcze Hewelianum z niezwykle ciekawymi prezentacjami, Centrum Experyment, skąd nie chciały wychodzić nie tylko dzieci, ale i dorośli... Długo by opowiadać.
Ale dla mnie te wakacje, a szczególnie urlop w Gdańsku, minęły pod znakiem literatury. I to nie tylko przeczytanej, ale najzupełniej żywej, w osobach autorek, z którymi miałam wielką przyjemność się spotkać.
Magdalena Witkiewicz umówiła się ze mną w kawiarni z salą dla dzieci. Bo Magda jest głównie mamą i wraz z nią przybył na spotkanie dwuletni uroczy blondynek, taki w sam raz do zachwycania się i przytulania.
Mateusz zajmował sporo miejsca w naszych rozmowach, szczególnie przy kawie i soczku, ale potem przenieśliśmy się do sali z klockami, autkami i piłkami – dopiero wtedy dało się łatwiej pogadać, choć rozmowa z dorosłą autorką to nie to samo, co warzenie kaszki ze słodkim chłopaczkiem.
Magda to twórczyni Milaczka, debiutu, z którym świetnie wystartowała, pokazując się czytelnikom jako autorka humorystyczna, a jej książki, nie wymagające wielkiej gimnastyki umysłowej, czyta się z uśmiechem.Pełne są żartów i romantyzmu – taka jest bohaterka, Milena, i kilka otaczających ją kobiet.
Te same bohaterki spotkamy też w Pannach roztropnych – kolejnej powieści wydane przez SOL, dzięki której czytelnik być może odpowie sobie na pytanie, czy w dzisiejszym świecie są jeszcze „panny dbające o swe lampy”.
Ale to nie koniec – w przerwach między pracą (Magdalena prowadzi firmę marketingową Efekt Motyla), a domem i dziećmi (ma jeszcze starszą córkę, Lilę) pisze nadal, bo choć, jak sama mówi, pisarstwo nie jest zajęciem intratnym, człowiek po prostu musi.
Dlatego zrodziła się kolejna powieść, Cofnąć czas, która ma się lada chwila ukazać. Tu odkryłam inne oblicze Magdaleny, w której oprócz wesołej trzpiotki, zobaczyłam kobietę. Byłam pozytywnie zaskoczona, bo lubię czasem poczytać coś mniej lekkiego, do refleksji i pomyślenia „co by było gdyby” i odnalazłam to w tej książce.
W twórczości Magdy można odnaleźć lokalne akcenty – jedna z bohaterek serii o Milenie, ośmioletnia Zuzanna, miała zwyczaj przyglądania się kopii obrazu Hansa Memlinga Sąd ostateczny, znajdującej się w Kościele Mariackim.
Sama chętnie ją obejrzałam, właśnie tam, w kaplicy przy wieży. Pewnego dnia udałam się tam z najbliższymi, by spojrzeć na tryptyk, choć to nie za sprawą Zuzanny – powodował nami inny bohater literacki, stworzony przez również trójmiejską autorkę, Annę Klejzerowicz .
To tego rodzaju twórczyni, której przeczytanie pierwszej książki uzależnia i każe szukać następnych – cale szczęście, że ma ich sporo na koncie.
Wraz z mężem zaczęliśmy od powieści kryminalnej Sąd ostateczny, jednym z jego bohaterów jest właśnie obraz niderlandzkiego malarza.
To klimatyczny kryminał w stylu, jaki bardzo lubię – mroczny, tajemniczy, miejscami nawet makabryczny, zważywszy na to, co wyprawia oszalały morderca, zafascynowany dziełem Memlinga.
Jest też detektyw – były policjant Emil Żądło, który stał się jednym z moich ulubionych bohaterów. A kiedy okazało się, że spotkać go mogę również w Cieniu gejszy, natychmiast zamówiłam następną część wydarzeń z udziałem dziennikarza.
On sam w Sądzie jest nie tylko poszukującym, ale i poszukiwanym. Zmaga się także z zawirowaniami w swoim życiu, dzięki czemu powieść ma kilkuwarstwowe tło.
Całość wydaje się być trochę pretekstem do pisania o Gdańsku – jak ja Anię rozumiem! Przecież sama wykorzystują każdą możliwość, by przedstawić Czytelnikom moje miasto.
Ale spotkałyśmy się w Sopocie. Nie miałam pojęcia, o istnieniu Bookarni, która jest obfitującą w najróżniejsze pozycje księgarnią, a przy okazji kameralną i pełną specyficznego klimatu kawiarnią.
Miesza się tu zapach kawy i drukarskiej farby, na talerzykach leżą ciastka, a półki uginają się pod ogromem liter, mieszkających w ustawionych na nich książkach.
Wraz z Anią zjawił się jej mąż, grafik, ilustrator, fotograf – Krzysztof Klejzerowicz, jednak wobec dwóch niezwykle rozmownych autorek nie miał szans ;)
Podczas spotkania, kiedy już nagadałyśmy się za wszystkie czasy – a czułyśmy, jakby nasza znajomość na żywo trwała co najmniej kilka lat – zrobiłyśmy to, co pisarze lubią najbardziej. To wpisywanie dedykacji do książek.
W ten sposób mój Dziki szczaw trafił do domku w okolicach Trójmiasta, a ja zostałam obdarowana świeżutkim zbiorem opowiadań z Gdańskiem, a jakże, w tle.
Narracje okazały się świetnym przykładem tego, jak różnie można patrzeć na miasto i jak zupełnie inne rzeczy widzą ludzie patrzący niby na to samo.
Przyznam, że opowiadanie Anny Klejzerowicz o pewnym niezwykłym obrazie, jedno z sześciu zamieszczonych w antologii, bardzo mi się podobało. Jeśli ktoś lubi niecodzienne i trochę tajemnicze, mrocznawe opowieści, z pewnością zachwyci się Pejzażem z wozem konnym.
Długo by opowiadać o literackich spotkaniach wakacyjnych, tymczasem jednak mam dla Czytelników blogu niespodziankę. Każdy, kto do końca października wyśle e-mail z tytułem KOCHAM CZYTAĆ, na adres podany w Kontakcie, weźmie udział w losowaniu zbioru Książki moja miłość

Znajdują się w nim między innymi Magiczna książka Anny Klejzerowicz i Książka na poprawę humoru Magdaleny Witkiewicz. I jako swego rodzaju gratis dla mieszkańców wrocławian W pogoni za mordercą autorstwa wrocławskiej pisarki Anieszki Lingas-Łoniewskiej, z którą – a także jej twórczością – mam nadzieję niedługo bliżej się poznać. Zapraszam!